No i tak się zaczęła moja przygoda!

Pan Jacek Markowicz – technik mechanik o specjalności budowa maszyn. Przepracował blisko 30 lat w górnictwie, jako pracownik dozoru w Kopalni 1 Maja w Wodzisławiu Śląskim. W latach 90-tych rozpoczęła się pierwsza reforma górnictwa. Z czasem dział, w którym pracował pan Jacek, został poddany restrukturyzacji – powstała spółka, w której pan Jacek przepracował jeszcze kilka lat. W lipcu 2003 roku został jednak zwolniony.

 

Pan Jacek szukał pracy, ale ze względu na wiek i wcześniejsze zatrudnienie wyłącznie na kopalni, trudno było mu ją znaleźć. Na bezrobociu opiekował się swoją chorą na raka wątroby teściową i to doświadczenie pomogło mu w podjęciu pracy jako opiekun osób starszych.

Kiedy podjął pan decyzję o wyjeździe do Niemiec?

Szperając w Internecie, znalazłem firmę CareWork (GKT Serwis) z Poznania, no i z głupia frant zadzwoniłem do prezesa w Strzelcach Opolskich i umówiłem się z nim na rozmowę. Śp. ojciec pojechał tam ze mną i po rozmowie firma zdecydowała się wysłać mnie na okres próbny. Oczywiście podczas rozmowy padało pytanie o znajomość języka niemieckiego. Pochodzę z polskiej, a nie śląskiej rodziny. Mój ojciec był repatriantem ze Wschodu, matka – Lwowianką. Po wojnie rodzice zostali przesiedleni w rejon Zabrza. W tych miastach w latach 70-tych nie było szans na otrzymanie mieszkania. Tymczasem Kopalnia 1 Maja gwarantowała pracę i mieszkanie. Pojechałem więc do Wodzisławia Śląskiego. Miałem więc z językiem śląskim styczność w szkole, a potem w pracy.

Kiedy po raz pierwszy wyjechał pan do Niemiec?

10 czerwca. W tym roku minęło 11 lat. Trafiłem do Emmendingen w Schwarzwaldzie, niedaleko Fryburga. Opiekowałem się Panią, która miała 88 lat, chorowała na demencję i cukrzycę insulinozależną. Przepracowałem w tym miejscu miesiąc, po czym zjechałem do domu i to nie bez  przygód, bo popsuł nam się autobus – zakleszczyła się skrzynia biegów i pojazd pozostał na 6-tym biegu. W 2006 roku po czeskiej stronie nie było jeszcze autostrad, były za to ronda… na każdym z nich z autobusu wyskakiwali mężczyźni i pchali przez nie zepsuty autobus, po czym szybko, jak zające wskakiwali z powrotem do pojazdu. Wszystko po to, by autobus nie zgasł. Pod granicą polsko-czeską zepsuł się jednak całkowicie. W sumie podróż trwała 24 godziny. Dlaczego to opowiadam? Otóż po powrocie do domu nie zdążyłem się napić dobrze kawy, gdy odebrałem telefon z firmy, że mam się natychmiast pakować i wracać z powrotem w to samo miejsce tj. do Emmendingen. Byłem zszokowany, ale bardzo zależało mi na tej pracy. Okazało się, że firma załatwiła mi bilet, który czekał już u kierowcy w autobusie… po trzech godzinach od przekroczenia progu mojego domu byłem znowu w autobusie do Niemiec. Za całą zaistniałą sytuację firma podziękowała mi w odpowiedni sposób – mam na myśli finansową gratyfikację. Dodam jedynie, że były to czasy, gdy kurs euro plasował się na poziomie 5 złotych. No i tak się zaczęła moja przygoda!

Praca za granicą to także świetna okazja do nauki języka…

Mój drugi wyjazd, który rozpoczynałem po miesięcznej przerwie, był do Kamp-Lintfort. Zajmowałem się 90-letnim panem z rodziny pewnego doktora. Jego córka była dyrektorem gimnazjum. A skoro mój język był, jaki był – zmuszała mnie do tego bym szlifował niemiecki. Po czasie poszedłem po rozum do głowy i kupiłem elektroniczny słownik. Gorzej, gdy trafia się w landy, gdzie obecny jest dialekt – dotyczy to głównie południowych części Niemiec: Bawarii, Schwarzwaldu. Trudno jest wtedy wyłapać czysto niemieckie słowa. Dlatego często na początku pobytu informuję, że mówię źle i proszę o używanie czystej niemiecczyzny.

Jak różnią się Polacy od Niemców i odwrotnie?

Zarówno Polaków i Niemców, każdy naród, można podzielić na różne grupy: tych, którzy łatwo nawiązują kontakt z obcokrajowcami i traktują ich równorzędnie; inni o pracownikach ze Wschodu mówią, jak o ludziach Trzeciego Świata; jest jeszcze ostatnia grupa, której mentalność jest bliska czasom drugiej wojny światowej. .

To przerażające. Czy trafiał pan do takich osób?

Tak, niejednokrotnie.

Jak sobie pan radził w takich sytuacjach?

Zawsze starałem się zachować spokój. Jednak wszystko ma swoje granice. Zwracałem najpierw uwagę, a jeśli to nie pomagało kontaktowałem się z firmą i mówiłem, że mam problem w komunikacji z podopiecznym i że nie może mnie w ten sposób traktować. Opiekun nie jest niewolnikiem. Jest współpartnerem, towarzyszem seniora, czasami w trudnej chorobie. Na szczęście przekonanie o wybranej rasie zaczyna znikać już w przypadku kolejnego pokolenia: dzieci seniorów, którymi się zajmujemy rozumieją, że stajemy się ich partnerami w opiece nad rodzicami.

Jak układają się pana relacje z rodzinami podopiecznych?

Narzekamy, gdy rodzina mieszka bardzo daleko od seniora i np. ojciec przebywa w Bawarii, a syn w Hamburgu, czyli na drugim końcu kraju. Widzą się wtedy raz za święty czas. Idealna sytuacja jest taka: rodzina nie za blisko, nie za daleko i dająca nam komfort w opiece nad seniorem. Ciężko pracuje się, gdy dzieci są blisko i cały czas nas nadzorują. Ale i z tym można sobie poradzić! Wystarczy wykazać, że rodzic lub rodzice, są z nami bezpieczni, są zadbani, mają co zjeść, a my jesteśmy po prostu sumienni i umiemy rozliczyć się z rachunków. Przełamanie pierwszego, naturalnego przecież dystansu z reguły nie jest trudne. Mam na to sposób: piekę ciasto i zanoszę do rodziny podopiecznego.

Piecze pan ciasta?

Oczywiście. Moja mama zmarła, gdy miałem dwa lata. Najmłodszy brat miał 3 tygodnie, a najstarszy pięć lat. Mój tata musiał poradzić sobie z trzema chłopakami. Ożenił się po raz drugi ze Ślązaczką. i Tak się złożyło, że z tego małżeństwa przyszła na świat siostra – nasza Iwonka. Poczuliśmy wówczas co znaczy mieć matkę która trochę inaczej traktuje nas niż swoje rodzone dziecko. Ona dostawała zawsze lepsze rzeczy, my już te gorsze. W tym czasie musieliśmy więc wiele rzeczy się nauczyć. Wyjeżdżając do pracy potrafiłem gotować, sprzątać, mówić po niemiecku i w minimalnym stopniu opiekować się chorą osobą. Praca zmusiła mnie do tego, by nauczyć się piec. Poprosiłem żonę o kilka przepisów, a ponieważ jestem łasuchem w większości przypadków, gdy żona piekła coś w domu, towarzyszyłem jej. Moją ulubioną czynnością było wylizywanie wszystkich misek po przygotowaniu ciasta – śmiejąc się Pan Jacek dodaje – do tej pory, przez dziewięć lat jak piekę ciasta, jedno, czy dwa nie udały mi się. Asortyment mam od ciasta marmurkowego, do serników, szarlotek, biszkoptów, a na ciastach typowo niemieckich, jak schmandy kończąc.

Jak piecze się Schmandy?

Jest to ciasto na bazie kruchego spodu, do którego dodajemy owoce, najlepiej wiśnie lub maliny względnie odsączone mandarynki z puszki. Potrzebujemy składnika, którego w Polsce nie dostaniemy: kwaśne mleko o zawartości 24% tłuszczu. Przypomina kwaśną śmietanę, w której możemy postawić łyżkę. Gotujemy budyń i miksujemy z mlekiem na jednolitą masę. Do masy dodajemy owoce. Zimne kruche ciasto kładziemy na wysmarowaną tłuszczem blachę, a na wierzch wylewamy masę. Pieczemy 45 minut.

Czy jest pan zatrudniony przez jedną firmę?

Założyłem działalność jednoosobową w Polsce, na bazie której zarejestrowałem firmę w Niemczech, tzw. Gewerbe, dzięki czemu do dziś pracuję. Jestem podwykonawcą między innymi firmy CareWork, która wyszukuje dla mnie miejsce, informuje o pacjencie i stawce, jaka w określonym zleceniu obowiązuje. Dziś mogę sobie pozwolić na komfort wybierania wśród ofert. Jedenaście lat pracy w roli opiekuna dało mi dość mocno w kość i spowodowało wiele chorób: serca, zakrzepicy kończyn dolnych. Warunkuje to wykonywanie zleceń i wybieram te lżejsze. Ogromnym plusem jest fakt, że mieszka się u rodziny. Odpada więc niemały koszt wynajmu mieszkania, wyżywienia, który ponosi strona niemiecka.

Rodzina mówi/pisze, że senior jest w lepszym stanie niż w rzeczywistości?

Tak. To dlatego, że walczą o lepszy kontrakt dla siebie i chcą by stawka płacy była niższa. Im zdrowszy podopieczny, tym mniejsze wynagrodzenie.

Jakie cechy powinien posiadać idealny opiekun osoby starszej?

Jak w każdym zawodzie także i tym: opiekuna osób starszych – trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. Praca ta wymaga bardzo dużej wytrzymałości psychicznej. Mamy do czynienia z ludźmi najczęściej chorymi na demencję, w tym o podłożu alzheimerowskim, dotkniętymi chorobami serca, czy nowotworami.

Dziękuję za rozmowę.

Od redakcji:

Grupa CareWork w tym roku obchodzi jubileusz 10 lat działalności na rynku. Z tej okazji chcielibyśmy opowiedzieć nieco więcej o ludziach, dzięki którym możemy realizować usługi opiekuńcze w Niemczech – o naszych opiekunach.

 

O tym, jak naprawdę wygląda ta praca, jakie są jej blaski i cienie najlepiej mogą opowiedzieć ci, którzy pracują w Niemczech – nasi opiekunowie. Dlatego chcemy oddać im głos i stąd pomysł na serię wywiadów z opiekunami CareWork.

 

Mamy nadzieję, że historie naszych opiekunów, ich doświadczenia i przeżycia pomogą osobom, które niedawno zaczęły pracę w opiece albo zainspirują tych, którzy rozważają podjęcie pracy jako opiekun osób starszych w Niemczech.

 

Zapraszamy do lektury następnych wywiadów, które pojawia się w zakładce „Historie prawdziwe”!

 

Zobacz również

Niczym skok na głęboką wodę

Niczym skok na głęboką wodę

Wywiad z Panią Krystyną Nowak z Bydgoszczy, która od 10 lat pracuje jako opiekunka osób starszych w Niemczech.
Pokłady nieznanej wrażliwości

Pokłady nieznanej wrażliwości

Pani Sławomira Reszczyńska z Legnicy pracuje w Niemczech ponad 10 lat. W wolnych chwilach szydełkuje, robi na drutach, maluje na jedwabiu, dużo czyta i cały czas się uczy – ostatnio angielskiego, który to język zawsze chciała poznać.
Staram się żyć na luzie!

Staram się żyć na luzie!

Pani Lidia Cieloszyk w Niemczech pracuje już 12 lat. Jest bardzo skromną osobą. Lubi kwiaty. Jej podopieczni mają szczęście, że nie znalazła pracy w innej branży w Niemczech.
Różowy balonik

Różowy balonik

Pani Elżbieta Chudzińska pochodzi z Kaszub. Z rodziną mieszka w Trójmieście. Pewnego dnia, gdy jej dzieci były już dorosłe postanowiła tak jak mąż… wypłynąć. Ciekawość, chęć poprawienia rodzinnej sytuacji finansowej zaowocowały wspaniałymi przyjaźniami i odkryciem swego powołania.
Dokonałam czegoś wcale nie w młodym wieku

Dokonałam czegoś wcale nie w młodym wieku

Wywiad z Panią Jolantą Giersz z Rumi Zanim wyjechała zagranicę pracowała w marynarce wojennej, potem w sklepie metalowym, ale było to zajęcie niedochodowe.
Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszych stron www, do celów statystycznych oraz reklamowych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci Twojego urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zmienić ustawienia przeglądarki tak, aby zablokować zapisywanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w naszej polityce prywatności.